niedziela, 2 października 2016

Socjalizacja: podejście 0,5 (nie chodzi o 0,5 litra)


Jak wiadomo, nie lubimy ludzi i o cud zakrawa fakt, że się dogadujemy. No ale jak się przy pierwszym spotkaniu rozmawia o rozkładaniu szczurzych zwłok i laleczkach Monster High, to się lubi. Z resztą ludzi mamy problem - real lajf to nie miejsce, gdzie można zacząć rozmowę, gdy ktoś zreblogował twojego posta i dorzucił tagi, z którymi się zgadzasz*. Z ludźmi na studiach, choć powinien nasz łączyć głód wiedzy,** mamy stosunki tak chłodne jak jaja Napoleona pod Moskwą***.
*Przynajmniej działa to w ten sposób dla Ariadny, bo Ra gardzi społecznością tumbulele.
**AHAHAHAHAHAHAHAHA nie.
***dość rzec, że wykopali nas z grupy na twarzoksiążce. TO BARDZO GRUBA HISTORIA.




Skądinąd więc jadąc na Erasmusa miałyśmy nadzieję spotkać kogoś NORMALNEGO. Kogoś, z kim można będzie siadywać w nocy pod latarnią i rozmawiać o zabijaniu bogów, ofiarach z ludzi i pierwotnych potworach chtonicznych, a także wymachiwać rytualnymi dongami* w dionizyjskim szale. Nasze nadzieje jednak szlag trafił jak rozdartą sosnę z Ludzi bezdomnych, gdy tylko wzrok nasz legł na Erasmusowej grupce na fejsuniu. Wódka, koka, dziwki, hasz**, że tak to literacko określimy. Naszym faworytem został pewien fan solarium, którego pieszczotliwie nazywamy Adrian Książę Gejskol. Skądinąd Polak.
*A tych ci w Rethymno dostatek. Nasz ulubieniec jest turkusowy z kwiatuszkiem.
**nie jest aż tak źle, ale nie jest też dobrze.



Adrian Książę Gejskol imprezuje 7 dni w tygodniu, za każdym razem zapraszając współstudentów i za każdym razem pisząc, jaki go kac złapał. Nie wiemy, jakim cudem on funkcjonuje, ale jak wam się wydaje, drodzy czytelnicy, czy jak wytniemy i zbadamy mu wątrobę, to dostaniemy nobla? Typiarz ma angielski jak jakiś poeta alternatywny, normalnie anglosaski Białoszewski, znaczy - nie rozumiemy go ni chvja*. Generalnie fuckboy i haha, and then what ;), czyli dostał od nas naklejkę z wielkim neonowym NIE od swojego pierwszego posta na grupie.
*Rozumiemy, ale wolimy udawać, że nie.



Skoro już znacie Adriana Księcia Gejskol, to możecie posłuchać, o naszym pierwszym spotkaniu twarzą w twarz, Dinocroc vs Supergator, ewentualnie Sharktopus vs Whalewolf*. Nadszedł dzień, w którym miałyśmy się stawić po raz pierwszy na uniwerku i wysłuchać ważnych rad i wskazówek**. Wyfoczyliśmy się jak umieliśmy najlepiej - złoto, srebro, więcej złota, kiece furkoczące, na gębach barwy wojenne, niech nas podziwiają z najlepszej*** strony. Kiedy się w końcu odnalazłyśmy, a droga była to długa i ciężka, normalnie trzymaj się, Panie Frodo i OH SAM, nie pamiętam już smaku wody ni truskawek, stanęłyśmy z dala i starałyśmy się nie oddychać, bo wszyscy kopcili jak Ślunsk.
*obiecujemy też nocię o złych filmach.
**post factum okazało się, że chodzi głównie o dyskusję, w których pubach studenci dostają zniżki.
***"Ej bruh, wyglądam dostatecznie jak Chory Pojeb?"



Ariadna wtenczas stukała zawzięcie w srajfonik wypisując maila do właściciela meliny, że haracz damy mu później, bo nas Erasmus porwał, Ra zaś popijała soczek wyłączywszy się na bodźce zewnętrzne - aż tu nagle słyszymy niepewne, męskim głosem wypowiedziane drżące CZEŚĆ w języku polskim. Ariadna machinalnie odparła CZEŚĆ, Ra nie zdążyła włączyć przyswajania bodźców nazad, żeby choćby spojrzeć na osobę i potem ewentualnie odpowiedzieć - osobnik, speszon naszą niekontaktowością, ulotnił się. Po czym Ariadna skonstatowała, patrząc na jego plecy, iż NA PICZKĘ BOBRA, był to nikt inny, jak kozaczący Adrian Książę Gejskol we własnej osobie. 1:0 dla nas. Potem jeszcze chyba miał nadzieję, że powiemy mu "ahihi, ależ nie trzeba!", gdy z własnej woli wytłumaczył się, że trzyma się z papierochem z daleka od nas - nic z tego, odpowiedziałyśmy mu "i dobrze".



To tytułem przydługiego wstępu, dlaczego ucieszył nas fakt, że kiedy ogłoszono erasmusową wycieczkę po wąwozach i innych chęchach, Adrian Książę Gejskol odhaczył na fejsusiu NIEZDECYDOWANY. I pewnie dlatego w zeszłą sobotę zwlekłyśmy dupale z domu* i miałyśmy nawet sporo radości z tego łażenia.
*duży udział miał też fakt braku internetu.



Po niezbyt długiej przejażdżce przez zadupia i kręte wioskowe uliczki, w które autobus nie miał prawa się zmieścić, ale jakimś cudem się mieścił*, ujrzałyśmy...
- CZOŁGI - zaryczała Ariadna.
- czołGI - zawtórowała Ra.
Już-już myślałyśmy, że czekać nas będzie ponowna wycieczka w tę trasę, by obmacać CZOŁGI CZOŁGI CZOŁGI w wiosce nam nieznanej, ale tu zaświecił na nasze żywota jeden jasny promyczek i okazało się, że już jesteśmy w naszym docelowym Chromonastiri, a autobus zatrzymał się tuż przy wystawie powojennego żelastwa.
*jazda autobusem na Krecie, nawet miejskim, to przygoda sama w sobie. Żeby tym kierować, trzeba chyba wejść na inny stan świadomości.




Nie zważając na współstudentów, pomknęłyśmy radośnie między czołgi, działka artyleryjskie i samolot. Współstudenci też na nas nie zważali - ale nie zważali też uwagi na to piękne zielone złomowisko, czego nie rozumiemy?! Okazało się, że są częścią muzeum wojskowego - ale ono było zamknięte tego dnia. Czyli jednak czeka nas ponowna wycieczka w tę trasę, bo CZOŁGI. I szable, i cokolwiek tam jeszcze kryje się w budynku...




W Chromonastiri dostaliśmy przy tawernie 40 minut do zmitrężenia. Ponieważ nie miałyśmy zamiaru się socjalizować, a miasteczko wyglądało na urokliwie śródziemnomorskie, poszłyśmy w las, znaczy między budynki. Korzystając z błogosławionego czasu siesty, która wymiotła wszystkich tubylców do domów, oblazłyśmy całą plątaninę maleńkich uliczek w poszukiwaniu pustostanów, a w przypadku Ra - także bizantyjskich cerkwi, które według Wikipedii miały się tu znajdować*. Pustostany znalazłyśmy, cerkwi nie (kolejny powód, żeby wrócić...), ale uwidziałyśmy uroczego staruszka prowadzącego na spacer kicię.
*a od fresków w których Chromonastiri miało jakoby dostać swoją nazwę, bo oznacza "barwny monastyr".




Trzeba było nam jednak wrócić między Erasmusowców i domitrężyć czas siesty, gdzie Ariadna - gasp! - zaczęła wchodzić w interakcje z ludem i nawet dała się wciągnąć we wspólne picie raki. Ra w tym czasie oddała się swojemu ulubionemu zajęciu, jakim jest staring blankly at the distance, bo nie umie w relacje międzyludzkie do tego stopnia, że nie ma pojęcia, o czym można rozmawiać z ludźmi i nie potrafi prowadzić nawet luźnej konwersacji opierającej się na pytaniu "skąd pochodzisz". Głównie dlatego, że jej to nie obchodzi. Na szczęście nikogo innego też nie obchodziła.



Przy tawernie rósł krzunik papryczki chilli! Zerwałyśmy jedną i wciepałyśmy potem do żarcia, bo nasze żarcie musi być szatanem. A ta okazała się być zaiste szatańska. Może dlatego, że grzeszna kradziona.




Przyszedł jednak czas, by nadać naszym dupalom kierunek wyznaczony od początku, czyli w wąwóz Myloi. Kreta bogata wąwozami jest, a ten, choć mniej znany i znacznie krótszy od najsłynniejszych typu Samaria czy Imbros, był bardzo urokliwy (i blisko). Nie było co prawda olbrzymich majestatycznych skał (były mniejsze) czy rwącej wody z gór (były maleńkie szemrzące strumyczki), ale były jaskinie w urwiskach, Morze widoczne w oddali i RUINY.




Wąwóz Myloi wziął swoją nazwę od młynów, które stały ongi wzdłuż niego, a teraz zostały z nich jeno ruiny na różnym stopniu zdewastowania. Było ich mnóstwo i były TAKIE PIĘKNE. Ra, snując się w słodkiej samotności na szarym końcu grupy w celu dokumentowania widoków, przyskakiwała do każdego skrawka murku i natrzepała w końcu zdjęć tyle, że jej się skończyła opróżniona poprzedniego dnia karta. A tu dopiero połowa trasy...





Widziałyśmy też takie kurioza. Nic nie wiemy, nie odpowiadamy na żadne pytania.



Droga nasza prowadziła pod niebem i przy korzeniach drzew, w cieniu i słońcu, by w końcu doprowadzić nas z kapcia na przedmieścia Rethymno, gdzie koordynator opuścił nas ze słowami, że jego ziomale mieszkający niedaleko pędzą domową raki i właśnie idzie na degustację; ave atque vale, frajerzy. Dzięki pomocy lokalnych studentów będących z nami na wycieczce udało nam się ogarnąć transport do meliny, gdzie Ariadna zaległa spać, a gdy się obudziła, poszłyśmy na miasto w celu zakupu wina do wiksy, no bo jak to tak, mieszkamy tu tydzień i jeszcze żadnych przebieranek do chvjowej muzyki? Ostatecznie przeurocza staruszka pilnująca sklepu z lokalnymi winami naciągnęła nas na dwa rubinowe trunki*.
*co wyszło na dobre, bo to, które nam zaproponowała, było przepyszne. To, które wybrałyśmy same, mniej.



2 komentarze:

  1. W pierwszej kolejności co to bzdura z tymi kotami? Moje koty są rozmowne, nawet bardzo. Potrafią wypowiadać się pełnymi zdaniami. I są rozumiane. Nie tylko przeze mnie. Ten napis jest głupi i nie dziwię się, że koty z autorem gadać nie chcę. O.

    Zdjęcia bardzo mi się podobają. Dobrze wykadrowane, ostre, bez zbędnych resztek (towarzyszy, otoczenia...). Widać jakieś poczucie estetyki. Tam naprawdę jest tak ładnie? Ostatnie zdjęcia Grecji jakie widziałam pokazywały tony śmieci porozrzucanych po ulicach... A tu kwiaty w doniczkach (awww, gdybym miała dam ze schodami wyglądałyby tak... albo nawet bardziej zielono xD), wąwozy, ruiny (zero szprejozy???). Wszystko jasne, malownicze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też mamy kicie pod domem, które z nami rozmawiają i bardzo nas kochają. Bardzo. Włażą do domu i pakują się Ra na kolana.

      Zdjęcia są dziełem Ra i jej poczucie estetyki jest przez większość/wszystkich czytających już znane. Ariadna twierdzi, że brak syfu na ulicach to kwestia właśnie dobrych kadrów. Ra natomiast nie jest w stanie sobie przypomnieć śmieci na ulicach; ba, szła na boso z plaży do meliny i zachwycała się brakiem szkła na chodnikach (a to turystyczne miasto z bardzo intensywnym życiem nocnym!). Zagadka pozostanie na razie nierozwiązana, ale podejmiemy się rozprawienia z nią.

      A tak poza tym to owszem, tam jest tak ładnie, bo to nie Ateny i nawet nie nasze Rethymno, tylko typowo kreteńskie zadupie na 500 mieszkańców w górach. I chyba też z tego powodu ruinki nie są poszprejowane. Bo w Rethymno to co innego... XD

      Usuń