czwartek, 24 listopada 2016

Na lotnisku we Wro wymawiają to jako "Czənia" i dają nam raka

Jako że spełniamy postanowienie z przedostatniej notki - mamy internet, więc nigdzie się nie ruszamy - pora nadrobić posty z czasów, kiedy jeszcze byłyśmy zmuszone do prowadzenia intensywnych żyć.*
*A tak na serio, to zbliża się sesja egzaminacyjna i na dodatek pochorowało się nam, bo w melinie nie ma ogrzewania*. Ale internet też ma w tym swój udział.


Siedzimy w domu, kradniemy fajne książki z biblioteki, a Ra wydziergała sobie swetro-koc.


Dzisiaj - Chania! Byłyśmy tam dwa razy: raz planowo, drugi raz w spontanicznym akcie rozpaczy targającej nami, gdy internet nam umarł w południe i co tu robić przez resztę dnia. Jasne, można było się znieczulić winem, ale żeby wmówić sobie, że z naszym alkoholizmem nie jest tak źle, to wymyśliłyśmy piętrową intrygę:
1) miałyśmy jechać do Chanii do muzeum, prawda?
2) jak jesteśmy w obcym mieście to coś zjeść trzeba, prawda?
3) rodzice Ariadny zachwalali nam taką fajną turecką knajpkę...
4) jak już jesteśmy w tej knajpce, to wina nam trzeba, a nie wody, bo w wodzie to się ryby pierdolą.




Chania ma to do siebie, że lądują w niej samoloty z Polski, czyli jest często pierwszym, albo ostatnim, albo jedynym zetknięciem turistesa ze słodkim lądem Krety. Musiałyśmy bardzo pilnować języka i nie miotać córami Koryntu za plecami powoli toczących się barył, bo Polaków jest bardzo dużo i z naszym szczęściem na pewno byłby to jakiś Janusz z Grażyną. Na dodatek namolni naganiacze do knajp na nadbrzeżu są tacy cwani, że z kilku metrów słyszą, jak mówimy do siebie po polsku - i dawaj nas zaczepiać też po polsku.




Pierwszy nasz wypad był kontrolowany... do czasu. Otóż miałyśmy w planach obczaić kolekcję bizantyjską, bo Ra, oraz przejść się do muzeum archeologicznego, póki jest w starym budynku, bo nowym budynkom mówimy NIE.* Muzeum bizantyjskie spełniło nasze oczekiwania, tzn. było ZŁOTO ZŁOTO ZŁOTO i malowidła o derpowych mordkach.
*te same uczucia mamy względem biblioteki uniwersyteckiej we Wro. Chociaż naprawdę miło byłoby pomieszkać gdzieś, gdzie jest ogrzewanie.
**Ariadna powinna mieć zakaz oglądania takowych, bo się śmieje jak norka.


Niestety w środku nie można było robić zdjęć, a dziadek pilnujący był uroczy, więc postanowiłyśmy nie cykać ukradkiem foteczek.


Potem chciałyśmy się przejść na weneckie obwarowania nieopodal, ale zostały nam zamknięte przed nosem...


Spalić w ramach zemsty nie było za bardzo czego, więc pozostało nam pokląć pod nosem i powłóczyć się w celu ponapawania oczu pięknem, zrobienia mu foteczek i ewentualnego powydawania pieniędzy. Niestety, gorąco było jak diabli, co oznaczało tłumy turistesów, więc z foteczkami było ciężko i nie mamy ich za wiele.




Ariadna odwiedziła też muzeum morskie, a Ra oświadczyła, że ma łódki w chvju i idzie się powłóczyć, zwłaszcza, że wołali pieniądz za wejście. Ale niech żałuje, bo było supi. To znaczy, jak kręcą was BRONIE i repliki łodzi. Trafiła się nawet jedna kusza!


Aczkolwiek najlepszą atrakcją była kopia mostku niszczyciela, gdzie można było wbić i wyobrazić sobie, że dowodzi się wielką armią i wrogów swych zabija na setki. GUSTLIIIIK ODŁAMKOWY ŁADUUUUJJJJJ!!!



Ra orzekła, że koniecznie idziemy na latarnię. Ra kocha latarnie. Niestety, zdjęcia kłamały i ta w Chanii jest zdecydowanie brzydsza od naszej lokalnej – nie dość, że ogrodzona jakąś siatą, to jeszcze idzie się do niej jak do Mordoru, tzn. długo. I w gorącu. Takim, że ledwo wróciłyśmy.





Na dodatek pod nią jakieś Sebixy i Karyny* z Polandii urządziły sobie pikniczek z hehe piwkiem i hehe papieroskiem. Skopywałybyśmy ich na sterczące w dole ostre skały, ale mieli przewagę liczebną. Nasze nastroje ostatecznie zwarzył jakiś piździec, który kiedy Ra robiła sobie fotkę postanowił stanąć koło niej i zapozować**. Ra wie, że jest piękna jak posąg, ale to nie znaczy, że można sobie z nią cykać foty.
To jest jeden z tych ambiwalentnych momentów, kiedy z jednej strony chciałybyśmy mieć miecz, żeby zajebać skurwysyna - ale z drugiej strony, gdybyśmy miały zajebywać każdego, kto stanie nam na drodze, to nie byłoby prawie nikogo na naszych studiach i by je zamknęli :(
*wiemy, że tego bloga czyta pewna Karina: nie jesteś Karyną.
**Ra: zdążyłam już zapomnieć o tym pierdolcu, dzięki za triggera.




Potem stwierdziłyśmy, że będziemy mądre* i orzekłyśmy, że najpierw obiad, a potem muzeum archeologiczne, bo przecież otwarte do ósmej, a jest piąta i ile czasu... Błąd. Poszłyśmy do knajpeczki, którą Ariadna odkryła przypadkiem z mamą i bardzo im się spodobało. Ale wtedy kelner miał tyle rozumu, że powstrzymał je w pewnym momencie zamawiania. Tym razem nie powstrzymał. Objadłyśmy się jak amerykańscy turyści, do tego stopnia, że Ra nie dokończyła deseru.** W związku z tym odłożyłyśmy muzeum na inny dzień i spędziłyśmy czas pozostały do odjazdu autobusu na powolnym turlaniu się jak dwie beczułki na nóżkach.
*co zazwyczaj nie wychodzi nam dobrze, patrz: decyzja o pójściu na MISH
**może jednak nie amerykańscy turyści, bo ci dokończyliby deser


Kolejna wyprawa była na uśmierzenie gniewu i zadanie swe spełniła, bo rzuciłyśmy złotem w złoto w Hłamie, co nam zdecydowanie poprawiło nastrój. Kolejny dowód na to, że tak naprawdę jesteśmy smokami. Poza kupowaniem błyskotek wybrałyśmy się w końcu do muzeum archeologicznego.

I to był bardzo dobry pomysł, bo mieli w zanadrzu larnaksy!



Mozaiki z Dionizosem <3


Gębę ulubionego cesarza Ariadny, Hadriana!

Kripne ptasiogłowe figurki!

Kotwicę!

Złote labrysy!

Miecze!

Cycki!

Do tego muzeum okazało się być wciąż nieprzeniesione do nowego budynku, co oznaczało, że jest w pięknym starym poweneckim kościele.

A na dodatek z boku jest urokliwy ogródek z odłupanymi z kolumn kapitelami i inszymi lwami.




Powłóczyłyśmy, popiłyśmy, pokupowałyśmy pocztówki z wintydżowymi gołymi paniami. Chciałyśmy jakieś porno, ale wszystkie były hetero, łe. Skądinąd to smutne, że w tym kraju Safoną i Lukianem* niegdyś stojącym większość kontentu do kupienia jest heteryczna. Chania poza sepiowymi pocztówkami z gołymi paniami ma do zaoferowania wąziutkie uliczki, ciągnące się po wielu poziomach. Kiedy nie włóczą się po nich tłumy, jest naprawdę bajecznie i  e s t e t y c z n i e.
*pan od gejowych kosmitów z Księżyca, którzy rozmnażają się przez dziurę pod kolanem.









Z bardziej teraźniejszych wieści: nasza Kleoniki została, zgodnie z unijnymi - i reptiliańskimi - wymogami, zaczipowana. Odnotować jednak należy, że stawiała dzielnie opór. Weterynarze mieli jednak przewagę liczebną i kicia jest teraz sterowana przez grube wibracje. Co by wiele tłumaczyło, bo wariat z niej jakich mało.


Jej obecność w naszym życiu wpłynęła też na to, że teraz nie ma dnia, abyśmy nie rzucały do siebie pussy jokes o tak ciężkim kalibrze, że nawet Trump by się zawstydził. Z litości nie przytoczymy.

8 komentarzy:

  1. Co ten kot wykonuje na jednym ze zdjęć? O_o Na tym, gdzie trzyma w pazura koc. [a'propos tkanin - Ariadna ma całkiem wybitny szal - w sam raz do wznoszenia się]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To obrazek przedstawiający bycie sterowanym przez grube wibracje >D

      Usuń
    2. Też chcę!

      ...albo nie, nie na sobie. Chcę oglądać koty na grubych wibracjach, właśnie tak.

      Usuń
    3. Ok, wrzucimy więcej kocich derpów.

      Usuń
    4. Tak!

      Jeszcze jedno mi się przypomniało - o czym jest Hermetica i Droga Hermesa? [teoretycznie mogę wygooglać, ale wolę dostać indywidualne info]

      Usuń
    5. Ra: To dwa tłumaczenia tej samej książki - Corpus Hermeticum. To wykładnie tradycji ezoteryczno-filozoficznej zwanej hermetyzmem od postaci Hermesa właśnie, jako że ten zwój miał być przez niego zainicjowany. To taka typowa mistyczno-naukowa sekta z epoki hellenistycznej - a że bardzo lubię ten okres, a i sam hermetyzm wywarł duży wpływ potem na rozwój nauk w Europie w renesansie, to nie mogłam sobie odmówić. I tylko kasy na skserowanie brak :<

      Usuń
  2. Dzięki dziewczyny, aż się wzruszyłam :D ;*
    Do muzeum w Chanii nie dotarłam... zwykle był to przystanek na trasie Rethymno - lotnisko, Rethymno - Balos bądź odwrotnie. Ale spoko, do nadrobienia. Do archeologicznego w Heraklionie też się wybieracie? Tam byłam, klasyczna podnieta też.
    Grzejcie się tam, też za mnie (jeśli można...)!
    ~ Karina (nie Karyna) :)
    PS przylatujecie na święta czy będą po śródziemnomorsku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, planujemy do Heraklionu też pojechać i pozwiedzać lepiej, bo włóczyłyśmy się po nim tylko po drodze z Knossos, ale to po świętach, bo nam fundusze deczko stopniały XD Na święta wracamy do Polski, bo tęsknimy za CIEPEŁKIEM ;_;

      Usuń